Greg Albrecht – przedsiębiorca, anioł biznesu, przedsiębiorca coach. Jakiś czas temu napisałem do niego z prośbą o udzielenie wywiadu. I dzisiaj ten wywiad publikuję 😉

 

Wcześniej oglądałem wywiady, które publikował Greg – wywiady ze znanymi osobami ze świata biznesu. Nie sądziłem wtedy, że w niedługim czasie i ja wezmę udział w rozmowie z Gregiem… tyle że tym razem to ja zadawałem pytania.

 

Wywiad możesz obejrzeć na YouTubie Grega Albrechta, ale możesz też przeczytać – zamieszczam poniżej transkrypcję. Wiem, że długi… ale warto się z nim zapoznać, jest tutaj mega dużo przydatnej, aktualnej wiedzy.

YouTube

 

 

Transkrypcja

Mikołaj Buczyński: Cześć, bardzo fajnie, że się zgodziłeś spotkać. Ja oczywiście wiem kim jesteś, ale gdybyś mógł opowiedzieć o sobie naszym czytelnikom, słuchaczom, widzom?

 

Greg Albrecht: Cześć Mikołaj, nazywam się Greg Albrecht i na co dzień pracuję z właścicielami firmy i zarządami firm pomagając im podejmować bardziej skuteczne decyzje związane ze strategią i zarządzaniem. Z doświadczenia można powiedzieć, że jestem marketingowcem i przedsiębiorcą. Pierwsze lata mojej kariery zajmowałem się marketingiem, potem prowadziłem firmę w tym segmencie, a potem jeszcze byłem zaangażowany w postawienie kilku innych biznesów.

Jeden z nich, w który jestem teraz aktywnie zaangażowany to Sundose – spersonalizowane suplementy diety. Z efektów tego biznesu jestem chyba najbardziej zadowolony.
Na co dzień jako partner w Albrecht and Partners – wspieram w różnych formach przedsiębiorców, właścicieli firm, zarządy – żeby ich biznes lepiej funkcjonował.

 

MB: Nie wiedziałem, że suplementami też się zajmujesz. To firma produkcyjna?

 

GA: To jedyny w Europie suplement diety, który jest szyty na miarę. Firma ma swoją linię produkcyjną. Natomiast cała zabawa zaczyna się od procesu dopasowania suplementu do potrzeb konkretnej osoby na podstawie wywiadu zdrowotnego. Można też dostarczyć badania krwi i wtedy suplement jest produkowany na podstawie algorytmu.
Nie wiem ile dokładnie, ale podejrzewam, że jest to około 40 substancji w miksie, który potem dostajesz w saszetkach. Masz zapas na cały miesiąc i bierzesz tylko jedną saszetkę dziennie.

 

Rozwiązujemy dwa fundamentalne problemy biznesu suplementowego. Pierwszy – ludzie konsumują to co zobaczą w reklamie, na wyczucie. Nie wiedzą co tak naprawdę powinni brać. Drugi problem jest taki, że jak jest powyżej dwóch substancji to ludzie zapominają co mają łykać – jest za dużo tabletek. To rozwiązujemy dostarczają jedną saszetkę na jeden dzień. Produkcja Sundose jest zlokalizowana w Lublinie. Jest to biznes, który odpaliliśmy już ponad 3 lata temu. I rzeczywiście – w ostatnim roku wreszcie zanotował wzrost – głównie dzięki pewnym zmianom poczynionym w modelu biznesowym. Ale też jak wiadomo marki konsumenckie wymagają czasu żeby osiągnąć pewną skalę .

 

MB: Ja zresztą powiem, że jest jeszcze jedna wartość – miejsce w szafce . Też trenuję więc jak mam te wszystkie suplementy – multiwitamina, ZMA, BCAA – to po prostu tyle miejsca zajmuje…

Firmę (suplementy) kojarzę, ale nie wiedziałem, że też tam działasz.

 

GA: To są suplementy, ale głównie witaminy i minerały. Nie jest to suplement stricte sportowy – czyli tam nie ma takich rzeczy jak kreatyna czy białko. Natomiast wszystkie inne rzeczy, które zazwyczaj mamy w postaci 50 słoiczków, które trzeba potem rozkładać do różnych saszetek… wszystko tam jest w jednym miejscu. To jest taki projekt, w który od początku jestem zaangażowany. Jestem bardzo zadowolony z tego jak to się rozwija. Bardzo wierzę, że to rzeczywiście może zmienić sposób w jaki ludzie o siebie dbają.

 

MB: Bo Ty używałeś? Zakładam, że efekty są?

 

GA: Ja używam od pewnie 3 lat. Zdecydowanie uważam, że największym największym efektem, który odczuwam, jest wysoki poziom energii przez cały dzień.

Druga rzecz to – nie chcę tutaj znowu zaklinać – natomiast raczej nie choruję. To może być związane oczywiście z innymi aspektami, ale myślę że Sundose wpływa znacząco na odporność. Ta sytuacja (koronawirus, przyp. red), w której jesteśmy – niezbyt korzystna… ale akurat pod kątem tego biznesu rzeczywiście działa dobrze.  Ludzie się interesują tym jak podnieść swoją odporność więc i ten produkt jest polu zainteresowania.

 

MB: Chciałbym jeszcze wrócić do początków. Zacząłeś biznes jak miałeś 19 lat. Ja zresztą też, ale tutaj nie o mnie. Jak to się działo?

 

GA: Wiesz co, miałem jakąś jakąś potrzebę robienia czegoś – a niekoniecznie to była chęć pójścia na studia. Jakoś nie bardzo miałem przekonanie co by to mogło być w tamtym okresie. Równocześnie myślę, że – patrząc z perspektywy – dopchała mnie do tego chęć udowodnienia, że potrafię sobie sam poradzić… taka próba samodzielności. Myślę, że to był taki miks.

Na początku poszedłem do pracy na etat do firmy, która się zajmowała dystrybucją sprzętu komputerowego. Byłem tam handlowcem. Pamiętam, że to była rzeczywiście bardzo ciekawa praca. Ostatnio robiłem porządki w związku z tą sytuacją koronawirusową i nawet znalazłem swoją umowę o pracę na 800 zł, więc mam dowód że wtedy zarabiało się 800 zł miesięcznie na pełnym etacie. Niezbyt dużo, ale na dojazdy do pracy starczało. I na jedzenie niezdrowego jedzenia, którym się wówczas cały czas karmiłem – bo skupiony byłem w stu procentach na pracowaniu.

Było to bardzo fajne doświadczenie. Robiłem prostu rzeczy, na których się nie znałem i musiałem się szybko nauczyć: sprzedawać, wprowadzać produkty na rynek, kupować jakiś sprzęt w Chinach i wprowadzać na rynek polski pod marką Pentagram. To było to dość ciekawe doświadczenie i dużo się nauczyłem. Ale tak – byłem wtedy bardzo młody i bardzo żądny tego, żeby gdzieś tam kreować coś i udowadniać, że mogę sobie sam poradzić.

 

MB: Z tego, co się dowiedziałem, dosyć szybko zacząłeś pracować w Asusie jako menedżer. Jak myślisz, co Ci pomogło tak szybko się wspiąć?

 

GA: To jest świetne pytanie, na które nie wiem czy znajdę jednoznaczną odpowiedź… ale spróbuję. Rzeczywiście przez pierwsze lata mojej kariery, czyli w zasadzie w ciągu 2-3 lat, bardzo szybko awansowałem. Na początku zajmowałem się handlem. Potem mój szef zorientował się, że bardzo dobrze mówię po angielsku, a że wtedy to nie było standardem… nadal nie jest, ale wtedy – 18 lat temu – tym bardziej nie było, więc zaangażował mnie, żebym zaczął zajmować się produktem. Zacząłem rozmawiać z naszymi dostawcami – chińskimi i z innych krajów, w tym z Niemiec. Dał mi szansę, żebym zajął się produktami – a ta firma była naprawdę niesamowita. Myślę że ten mój szef dał mi dużo wartości. On był taki… zaryzykowałbym, że miał coś w sobie ze Steve’a Jobsa. Czyli, że naprawdę był niesamowitym detalistą, bardzo skupionym na designie – niezwykle, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, upierdliwym, jeżeli chodzi o skupienie na detalach, na komunikacji, na marketingu. Ta firma miała wtedy niesamowitą rozpoznawalność marki, szczególnie jak na tak mały zaangażowany w to budżet.

Tam zbudowałem niesamowicie szybko ogromny zasób wiedzy i pewności siebie; pewność, że jestem w stanie sobie poradzić z tymi rzeczami. Miałem szansę spróbować bardzo wielu rzeczy. To było nietypowe, bo jakbym poszedł do dużej firmy na etat, to prawdopodobnie przez pierwsze 3 lata wykonywałbym telefony zanim ktokolwiek by się zorientował. To była mała firma – zatrudniała 70 osób – więc mogłem się wyróżnić. Angażowałem się strasznie. Pracowałem – może nie ma się czym chwalić, ale wtedy to było przydatne – pewnie po 13 godzin na dobę. Jak skończyliśmy sprzedawać, to szedłem do magazynu i pakowałem rzeczy w pudełka.

Potem poszedłem do kolejnej firmy. Tam, duża pewność siebie pozwoliła mi objąć stanowisko menedżera marketingu. Miałem wtedy 21-22 lata więc rzeczywiście byłem młodym człowiekiem. Miałem pod sobą mały zespół. Miałem jakąś wizję, chyba intuicję, do marketingu. Lekcja z pierwszej firmy dużo mi dała. Tam zarządzałem już zespołem marketingowym: wprowadziłem parę nowych produktów, trochę uporządkowałem portfolio produktowe. Mówię o tym jakby to trwało latami, a to w sumie zajęło rok. Ale to była super intensywna praca. Jak człowiek jest młody to czas inaczej płynie: poziom intensywności, który jesteśmy w stanie zaangażować w pracę jest nieosiągalny w późniejszym czasie życia. Myślę że warto z tego korzystać – to ważna refleksja – a nie czekać. Tylko przeć do przodu, podejmować się rzeczy, na których się nie znasz – bo nic złego się nie może stać. A taka chęć do próbowania to właśnie największa waluta, kiedy nic nie umiesz, ale masz czas, zapał i i chęci.

Potem przeszedłem rzeczywiście do Asusa i byłem z szefem marketingu jak miałem w zasadzie lat 22 i pół.  Więc byłem rzeczywiście bardzo młodym człowiekiem, aczkolwiek już miałem naówczas 3-4 lat takiego super intensywnego doświadczenia. Ta praca była fajna, było w niej też dużo sukcesów. Natomiast to mi też pokazało że praca w korporacji nie jest nie jest dla mnie.

 

MB: Przejdźmy teraz do tego, co co pisał Ben Horozowitz w „Najtrudniejsze w tym co trudne (…)” – o tym, że problem menedżerski jest taki, że Ty generalnie powinieneś wszystko wiedzieć. Z drugiej strony pamiętam (a też zacząłem w młodym wieku pracować), kiedy na początku zajmowałem się sprzedażą i przyjechałem do klienta. To było tylko coś takiego „O Jezu, jaki Pan młody!”.
I właśnie, jak to było…. bo Ty dostałeś zespół ludzi, którzy pewnie byli starsi i mieli większe doświadczenie. Jak się w tym odnalazłeś?

 

GA: No właśnie, à propos tego, że „jaki Pan młody”, myślę że największe doświadczenia miałem w Chinach, które jednak są jeszcze bardziej patriarchalna kulturą. I jak polecieliśmy na Tajwan, na negocjacje na targi Computex w Taipei, to nie zapomnę jak ludzie po prostu widzieli mnie i mojego kolegę który, jest ode mnie 3 lata starszy (o wtedy też byliśmy po prostu dzieciakami w ich perspektywie)  jak przechodziliśmy i negocjowaliśmy ogromne kontrakty i samodzielnie podejmowaliśmy decyzje o o wyborze produktów do portfolio. Rzeczywiście dziwnie na to reagowali, ale nie mieli wyjścia bo potem za tym przyszły jakieś jakieś projekty. Ale był to pewien szok kulturowy.

Natomiast jeżeli chodzi o moje najtrudniejsze doświadczenie związane z tym, o czym mówisz, to w tej drugiej firmie, do której poszedłem, miałem takiego pracownika, który był ode mnie wtedy 2 razy starszy… czyli teraz na to patrząc taki stary to nie był. Miał z 40 czy 44 lata pewnie (wtedy wydawało mi się, że to już jest prawie emerytura). W związku z tym to było bardzo trudne i on stawiał spory opór – nie umiałem sobie za bardzo z tym poradzić. On pracował w tej firmie 10 lat – to więcej niż ja pewnie od zakończenia liceum. Więc to było dla mnie trudne doświadczenie, bo bardzo mnie irytowało to, że nie umiałem się z nim tak pewnie skomunikować. Muszę powiedzieć, że wtedy uciekłem się do wsparcia – zapytałem jak może mi pomóc mój szef. On… nie wiem czy dobrze mi pomógł – myślę że to nie była najlepsza metoda, ale była skuteczna. On po prostu załatwił to w jakiś sposób za mnie zamiast mi powiedzieć jak przeprowadzić tę rozmowę (bo chciałem zwolnić tego tego człowieka). Zresztą miałem za sobą już zwolnienia i zatrudnienia ludzi w tej firmie. To dla było mnie jak „dziecko i zapałki”  trochę. Teraz o tym myślę – dajesz człowiekowi, który ma 22 lata możliwości zatrudnienia i zwalniania ludzi… warto się nad tym zastanowić. Ale myślę, że moje decyzje były raczej wyważone. Natomiast pamiętam to jedno zwolnienie- bo było dla mnie super trudne i nie bardzo sobie z tym poradziłem. Więc to chyba jedyna taka sytuacja, w której trochę czułem się jakby ten człowiek mógłby być moim ojcem… i w pewnym sensie czułem pewną niezręczność.

Ale dzięki temu, że byłem stawiany takich sytuacjach i byłem otoczony przez starszych ludzi – szybciej dojrzewałem… i mogłem „udawać” potem starszego niż byłem – w jakimś stopniu poprzez naśladowanie zachowań. To pomogło mi nabrać pewnej skuteczności sprzedażowej i potem wejść skutecznie ze swoimi usługami na rynek – z większą pewnością siebie.

 

MB: A jak było z zarządzaniem? Bo tutaj mówisz o rozstaniu… o to też się chciałem spytać (ale już nie muszę) – ale jak zarządzać tymi ludźmi? Skoro ktoś jest starszy, ma większe doświadczenie – to Ty coś mówisz… ale nie jest tak, że wiedza jest z nadania, tytuł jest. Jak tutaj było?

 

GA: Miałem poczucie, że w tym momencie, kiedy już dostałem zespół, miałem po prostu taki real life MBA w ciągu półtora roku pracy non-stop i robienia wszystkiego – składania pudełek, przez projektowanie opakowań, negocjowanie warunków na akredytywach do płatności do Chin, ściągania towaru (który nie działał), latania na targi za granicę lub jeżdżenia samochodem i spania w tym samochodzie, picia alkoholu z dostawcami. Jak już zostałem menadżerem to po prostu nie miałem wątpliwości, że mam wizję tego co mam robić i potrafiłem racjonalnie udowodnić te cele, które byłyby do osiągnięcia. I niespecjalnie wtedy patrzyłem na kwestie niuansów psychologicznych – to dopiero potem mi przyszło. Teraz, na innym etapie życia inaczej patrzę na relacje, na wagę tego jak układać sobie relacje z ludźmi. A wtedy byłem bardziej takim robotem – wchodziłem, miałem cel i wydawało mi się oczywiste, że ludzie będą robić to co to co będę chciał. Komunikowałem swoją wizę… byłem dość skutecznym menedżerem w krótkim terminie, ale nie wiem czy byłem menedżerem skutecznym w długim terminie bo raczej nie dbałem za bardzo o te relacje – tylko skupiłem się na meritum.

Jeżeli ktoś w zespole był tak samo napalony na to, żeby dowozić rezultaty i działać, to nam się dobrze współpracowało. Mam przyjaciela właśnie z drugiej firmy, z którym nadal robimy różne projekty i się świetnie rozumiemy – a już minęło 15 lat. Ale inni, którzy powiedzmy mieli „mniej ambitną naturę” czy byli bardziej w pracy po to, żeby posiedzieć a nie cisnąć do przodu… byłem mniej efektywny w rozmawianiu takimi ludźmi. Nie docierało do mnie jak to jest możliwe, że można nie chcieć czegoś zrobić. Więc wtedy raczej miałem metodę zarządzania siłowego, która dużo też mnie nauczyła i która której dzisiaj na pewno bym nie stosował. To były takie lekcje.

 

MB: No tak, ale są różne metody zarządzania: w odniesieniu do każdej osoby, do danego zadania, do tego co się dzieje. Tak jak też Ben Horowitz pisał jest CEO pokojowy i w czasie wojny. Co byś radził młodym ludziom, którzy zaczynają i chcą się jakoś zbudować?

 

GA: To jest oczywiście mnóstwo pytań w jednym i trudno mi znaleźć jedną trafna odpowiedź. Ale to, na co bym zdecydowanie postawił, to to o czym mówiłem przed chwilą, czyli eksperymentowanie, podejmowanie różnych prób (udanych i nieudanych), łapanie się rzeczy, na których się nie znasz, uczenie się ich, chłonięcie, praktyka, działanie, popełnianie błędów – to jest najszybsza droga rozwoju moim zdaniem. I ona wyprzedza każdy koncept, który wybudujemy w swojej głowie, ale który nie odnajdzie swojej reprezentacji rzeczywistości. Myślę, że też wyprzedza wiedzę książkową… która ma swoją wartość, gdyż jest pewną substancją z której można budować – ale ta substancja nie ma żadnego zastosowania jeżeli jest na półce w naszej głowie, ale nie ulepimy z tej substancji czegoś w świecie rzeczywistym. W związku z tym każdemu, kto jest młody i chciałby spróbować, po pierwsze rekomenduję eksperymentowanie, uczenie się, podążanie za ciekawostkami i za pasjami.

Druga rzecz, która jest nie mniej istotna niż umiejętność dobrego myślenia (podejmowania właściwych decyzji, która wynika z doświadczenia w dużym stopniu) – to jest kwestia relacji. Uważam, że warto się interesować z ludźmi, których poznajemy; też poznawać różnych ludzi, w różnych obszarach, nawiązywać otwarte relacje, wspierać innych. Myślę, że dużo w swoim biznesie zbudowałem opierając się na wspieraniu innych ludzi – zaciekawieniu ich problemami, łączeniu tych ludzi. Aczkolwiek może być też tak, że te dwie rzeczy, o których mówię – one po prostu są wskazówkami, które ja daję, gdyż one reprezentują jakieś moje talenty, które mogę mieć – do eksperymentowania i do nawiązywania relacji. Ktoś inny może znaleźć swoją własną drogę.

To, do czego bym nie zachęcał, to do bierności, myślenia, że ktoś za nas coś w naszym życiu zrobi…. to się na pewno nie wydarzy. Myślę też, że należy być pokornym i w jakimś stopniu czasem słuchać komentarzy na temat naszej pracy i uczyć się z tego, gdyż nadmierna pewność siebie może doprowadzać do tego, że po prostu będziemy ślepi na feedback.

 

MB: Tak, zresztą też o tym wspominałem w poście na blogu – wiedza książkowa to jest jedno (zresztą warto ją mieć),  ale praktyka jest nie do zastąpienia. Artykuł nazywa się „Zarządzanie rób zaocznie”, bo ja rozumiem że prawnik, lekarz – idą na studia dzienne… no ciężko ciężko inaczej. Zarządzanie to jednak jest przedmiot praktyczny – nie można 5 lat na studiach sobie posiedzieć, a potem zarządzać… tak mi się wydaje.

 

GA: No ja bym pewnie też tak do tego podszedł chociaż znam ludzi, którzy w ten sposób zrobili i są skuteczni obecnie w zarządzaniu, więc może nie ma jednej drogi. Aczkolwiek ja bym pewnie się raczej skłaniał do twojego podejścia. Jestem bardzo ostrożny, jeżeli chodzi o posiłkowanie się wiedzą teoretyczną, szczególnie w formie edukacji w takim tradycyjnym wydaniu jak studia, ale to dlatego że każdy ma inny sposób uczenia się. Natomiast rzeczywiście znam ludzi którzy skończyli zarządzanie i dzisiaj jakoś też z tego czerpią…. więc może to ma sens. W praktyce zależy pewnie co się chce robić. Każdy ma swoje tempo wzrostu, tempo rozwoju. Jakbym dzisiaj szedł na studia, to raczej bym skupił się na tym, żeby pójść na takie studia, gdzie mogę poznać najciekawszych, najbardziej inspirujących ludzi, którzy mogą na przykład być moim partnerami w biznesie.

 

MB: Czyli MBA?

 

GA: Może być MBA, ale w każdym razie pewno byłbym skupiony na miejscu, gdzie mogę spotkać ludzi, którzy w praktycznym obszarze mogą być dla mnie fajną stymulacją. Myślę, że to jest taka największa wartość, którą można wyciągnąć. pewnie też ze studiów dziennych… których nigdy nie ukończyłem, więc nie wiem jak to jest studiować dziennie. Ale tak sobie wyobrażam obserwując ludzi, którzy ukończyli studia dzienne -że budują się pewne relacje. I też można stamtąd wyciągnąć relacje biznesowe.

 

MB: Ja w ogóle nie odbieram tej wiedzy czy skuteczności – tylko uważam, że łatwiej jest zarządzać (w sensie w ogóle dostać się do takiego stanowiska) – jak już się ma doświadczenie. Wiesz, ktoś może być skuteczny – tylko jeszcze żeby faktycznie mógł zarządzać.

Teraz pójdziemy troszkę w innym kierunku. Bo tutaj mówiliśmy o tym „jak osiągnąć, jak się wspiąć na wyżyny”… Co Ty sądzisz – a też, mniej więcej, myślę, że mogę wiedzieć jakie masz na ten temat przekonanie – jeżeli chodzi o ten cały teraz pęd do sukcesu. Każdy musi teraz coś osiągnąć, nie można sobie pozwolić na chwilę słabości. Jest taka psychologia sukcesu. Co o tym sądzisz, jak sobie z tym radzić? Czy każdy musi być idealny?

 

GA: To jest ciekawy temat. Ja też nie wiem, na ile to jest kwestia pokoleniowa a na ile to jest kwestia przekrojowa w całym społeczeństwie. Rzeczywiście, jeżeli chodzi o to, co się dzieje teraz w całym społeczeństwie, to według mnie media społecznościowe nie pomagają w propagowaniu tych wartości, które mogą być bardziej korzystne niż jakiś tam „sukces” w płytkim tego słowa znaczeniu.

Więc może być tak, że rzeczywiście bardziej może do kogoś przemawiać Rolls-Royce niż zdjęcie spokojnego człowieka, który siedzi na ławce i czyta książkę – bo jakoś to się mniej sprzedaje. Z drugiej perspektywy myślę sobie, że też ten pęd w młodym wieku ma swoje plusy, bo motywuje do podejmowania tych eksperymentów. Może w każdym wieku jest miejsce na na odpowiednie tempo – tak myślę o tym z perspektywy czasu.

Natomiast to jest jeszcze kwestia jednej rzeczy, związanej według mnie z sukcesem, czyli jak definiujemy to słowo – czym ten sukces jest. Czy sukces, który definiujemy dla siebie to jest „nasz sukces” czy to jest sukces, który przychodzi do nas z zewnątrz bo zobaczyliśmy w mediach czy na Instagramie, że odnieść sukces to oznacza mieć taki samochód, taki łańcuch, zegarek czy taki stan konta bankowego albo znać takich ludzi. Pewnie to jest rzeczywiście trudne, żeby w obliczu pewnego jednego kanonu  mieć odwagę wewnętrzną i dojrzałość, żeby swój własny sukces zdefiniować wedle własnych zasad. Czyli mieć odwagę powiedzieć – „ja wolę mieć rano czas żeby usiąść z kawą na balkonie i pooglądać jak latają ptaszki, niż dzwonić od 5 rano do klientów, żeby wyrwać konkretną kwotę pieniędzy”. To jest takie może skrajne, natomiast to jest definicja sukcesu.

Dla mnie definicja sukcesu, w pierwszym okresie mojej kariery, była, myślę, niezdefiniowana. Moją definicją było – „rób jak najwięcej, żeby jak najdalej pędzić, najwięcej się nauczyć – jakoś to będzie” . Chyba po prostu w ogóle nie podawałem refleksji tego co jest dla mnie sukcesem. A dzisiaj pewnie patrzę na to inaczej.

Polecam każdemu, żeby się zastanowił: co naprawdę lubi, co naprawdę chce osiągnąć i co w tym sukcesie jest jego a co w tym sukcesie jest wchłonięte zewnątrz, z różnych dziwnych źródeł, z którymi obcujemy- od znajomych, którzy nam o czymś opowiadają, przez media społecznościowe i kontekst, w którym się znajdujemy. Czy to jest nasze tak naprawdę czy próbujemy iść za jakimś „Wilkiem z Wall Street”, którego gdzieś zobaczyliśmy i to nas po prostu ciągnie, bo nam się wydaje, że to jest dobry sposób na życie.

 

MB: Właśnie – jak śledziłem Twoją historię, to Ty miałeś taki okres wypalenia się – że wszystko fajnie gdzieś tam się spajało, ale faktycznie nie było czasu na odpoczynek, na spanie, na życie?

 

GA: No ja bym powiedział, że to jest nie tylko okres, ale nawet, jak o tym myślę teraz, że to są pewne okresy. Myślę, że to jest trochę jak z jakimś nawrotem pewnej choroby i pewnego automatyzmu działania – że to może nigdy nie przejść. Myślę, że zawsze warto być czujnym co do tego, czy się nie wchodzi z powrotem w ten tryb. Tu mówię o swoich własnych doświadczeniach, które są takie że rzeczywiście –  te pierwsze lata pracy po prostu pracowałem tak dużo, że chyba jakbym miał pracownika, który tyle pracuje, to bym zainterweniował i powiedział, że może warto zacząć trochę inaczej żyć i pracować.

Poza pracą i  imprezami wtedy nie robiłem nic innego. Spałem bardzo mało jestem bardzo mało – mój styl życia nie był zbyt zdrowy. I co z tego, że w jakichś tam rzeczach odnosiłem powodzenie, kiedy równocześnie niszczyłem swoje zdrowie. Dobrze się zorientować czy ten mocny styl życia, który mamy, który związany z pracą, rzeczywiście nam służy… i czy cię czerpiemy z tego przyjemność. Łatwo jest odhaczać taski, łatwo jest stawiać sobie cele….jest to w jakiś sposób mierzalne – mam cel, biegnę, zdobywam ten cel – to się wydaje przynajmniej w miarę proste, zrozumiałe, to jest prosta droga. Ale czasem można powiedzieć – „okej, ale czy ja odczuwam dzisiaj szczęście? Czy jestem szczęśliwy z tego co robię? Czy dbam o swoje ciało, czy ja śpię? Czy spotykam się z przyjaciółmi? Czy ta praca czemuś służy?”.

Te różne pytania – myślę, że dobrze sobie zadawać; ja ich sobie nie zadawałem i doszedłem do momentu, w którym chyba mój organizm mi po prostu pokazał że że „hello, chyba czas się obudzić” i po prostu miałem taki stan depresyjny – i naprawdę nic mi się nie chciało, nie wiedziałem dlaczego. To było bardzo ciężkie przeżycie, którego nikomu nie polecam i o którym sobie myślę, kiedy zapędzam się tryb ciągłego działania. Bo to jest jakieś tam uzależnienie i jest jak z każdym uzależnieniem. Taki pracoholik ma o tyle trudniej, że nie może przestać pracować – bo trochę pracować jednak musi. W związku z tym warto być zorientowanym na to, żeby nie doprowadzić się do takiego stanu wciągnięcia i moderować to. Należy ustawiać priorytety – co jest dla nas ważne i co dla nas oznacza właśnie sukces.

 

MB: Myślę, że podobnie jest w literaturą – tyle tego jest… w tym rzeczy, które są „niezbędne”. Właśnie oglądałem Twój podcast z Janem Zającem – „należy przeczytać »Hard thing about hard things«”. Idę, kupuję, czytam. Potem Michał Brański, który się powołuje na Welcha… jest troszkę taki natłok, prawda?

 

GA: No tak, na pewno to jest ciekawy komentarz,.Jak ostatnio u mnie w podcaście Piotrek Smoleń powiedział, że „wszystkie te książki można wyrzucić do kosza bo najważniejsze są spotkania z ludźmi” to też poczułem taką ulgę. Na pewno czytanie, żeby osiągnąć jakąś liczbę albo żeby być oczytanym, wydaje mi się rzeczywiście trochę bez sensu, ale też temu poddałem, bo tże lubię sobie stawiać wyzwania. Więc kilka lat temu tam przeczytałem 54 książki w jednym roku… Ale nawet to nie jest kwestia tej liczby, to jest bardziej kwestia – „okej, co ja z tych książek wziąłem?”. Jeszcze ważniejsze – czy odczuwałem przyjemność czytając te książki? Krótko mówiąc – czy te książki mnie wciągnęły?

Sądzę, że dobrym miernikiem tego co warto czytać, a co nie, patrząc teraz wstecz (miałem dosłownie tydzień temu taką refleksję), to jest – „czy jak siadam do tej książki, to czy to czy naprawdę ona mnie tak wciąga, że nie chcę jej odłożyć”? Czytałem taki artykuł Tima Ferrisa, który powiedział że on nie czyta żadnych nowych książek w tym roku – powiedział, że dla niego czytanie książek jest najlepszą formą prokrastynacji – czyli „jak masz coś do zrobienia to zaczniesz czytać książkę”. Ja tak myślę – czy większość tych książek, które przeczytałem, to naprawdę tak by mnie wciągnęły, że bym czytał zamiast pracować? Chyba nie… Więc to też jest ciekawe, żeby wyważyć…. czytać jednak rzeczy, które też dają nam jakąś przyjemność – czyli wiedzieć po co je czytamy a nie po prostu je czytać.

 

MB: Słuchaj, wiem że jesteś coachem…. a na pewno masz certyfikat: wygłaszasz mowy motywacyjne, pracujesz z klientami… Jak to jest? Bo teraz każdy jest coachem lub też chce być. Tak naprawdę, na Instagramie, o czym się teraz przekonałem (bo też zacząłem tam działać), jest strasznie dużo osób osób, które mają takie treści – jakieś motywacyjne, cytaty, co robić i czego nie robić, co pić, czy będzie lepsza z rana joga czy medytacja…

 

GA: To jest świetne pytania, naprawdę – w kilku wymiarach. Jak ja się z tym czuję? Nie ziębi mnie to, nie grzeje – bo nigdy się nie oglądałem na innych w tym co robię.

 

MB: A konkurencja?

 

GA: Nigdy się na to nie oglądałem. Uważam, że jedyną moją konkurencją jestem ja sam… znaczy oczywiście, że jest konkurencja – gdybym chciał zdobyć cały rynek, to wtedy mógłbym się rozglądać. Ale w związku z tym, że moim celem jest wspierać ludzi, z którymi mam dopasowanie pod względem wartości, wierzę, że komunikacja którą będę tworzył – będzie do nich docierała. Nie chce w żaden sposób konkurować z ludźmi, którzy mają inny styl komunikacji, kierują się do innych klientów. Nigdy się tego specjalnie nie obawiałem, bo nie mam takiego w ogóle natury do konkurowania, nigdy nie miałem. Więc to nie jest tak, że to jest rynek w kategorii „winner takes it all” – to jest jedna kwestia. Czyli co mi to robi? Nie ziębi mnie to, nie grzeje – dlatego, że myślę że to nie ma realnego przełożenia na efekty mojej pracy. I też nie mam ambicji do tego, żeby pracować z każdym, chcę pracować tylko z tymi osobami, które będą miały największy potencjał i będę widział, że mogę im pomóc coś osiągnąć.

Drugi aspekt tego pytania to jest kwestia tego, że „każdy jest coachem”. Więc powiedzmy kim jest coach, bo myślę, że nie możemy używać tego słowa bez odpowiedniego zrozumienia jego definicji. Coach w rozumieniu amerykańskim – czyli trener – jest kimś, kto pomaga pomaga innej osobie osiągać pewne cele. W Polsce konretnie, zgodnie z certyfikacją czy z modelem coachingu, to ktoś, kto pomaga komuś osiągać cele z wykorzystaniem zadawania pytań. Czyli to nie jest przewodnik duchowy, guru czy ktoś kto mówi Ci jak żyć. To ktoś kto potrafi z Ciebie, poprzez zadawanie dobrych pytań wydobyć motywację i rozwiązania Twoich własnych problemów. To też jest ważne, bo nie wydaje mi się, żeby osoby, które są powszechnie nazywane coachami i gdzieś tam są piętnowane na stronie „Zakazać coachingu i rozwoju osobistego” – czy to są osoby, które w jakikolwiek sposób żyją w ogóle w tej kategorii działań, które ja robię. Czyli jeżeli to jest coaching – to ja nie jestem coachem. Albo jeżeli coaching jest tym czym powiedziałem – to wiele z tych osób nie jest coachami. To jest bardzo ważne bo czym innym jest próba motywowania ludzi do tego,o żeby wstali z fotela i coś zrobili, a czym innym jest pomaganie osobom, które już coś chcą zrobić – w tym żeby osiągały to w sposób najbardziej efektywny; i wydobywanie z nich największego zasobu kompetencji do tego żeby to osiągały. Czyli to są takie dwa wymiary tego pytania, które mi przychodzą do głowy.

Mnie to tak bardzo nie przeszkadza osobiście, w osiąganiu moich celów… natomiast rzeczywiście denerwuje mnie to trochę, ale nie dlatego, że czuję się w ten sposób jakoś zagrożony. Myślę, że to może, w przypadku pewnych osób – które mogą skorzystać na solidnym coachingu i mentoringu, wsparciu od kogoś rzetelnego i kompetentnego – powodować, że one wątpią w to. czy taka usługa ma sens. Bo oglądają na Instagramie osoby, które po prostu publikują wiele motywacyjnych tekstów, za którymi nic się nie kryje. I myślą sobie, że jeżeli to jest coaching, to nie chcą mieć z tym nic wspólnego. Myślę więc, że to jest jedyne zagrożenie – że osoby, które skorzystałyby z takiego wsparcia – nie skorzystaj,ą bo wydaje mi się, że to coś trywialnego, łatwego – skoro każdy, tak jak powiedziałeś, dzisiaj może być coachem.

 

MB: Jak ma się coaching do psychologii? A może nawet ma nie tyle do psychologii, co do psychologów… Bo ja, jeżeli chodzi o osobę, o której już wspomniałeś przy okazji „Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty”, mam jej książki – które uznaję za wartościowe. I oglądałem wywiad (konferencję, spotkanie) tej osoby z psychologami – i tutaj psycholodzy mieli problemy z jej sukcesami. Moja ocena (a jak przeglądałem internet to nie tylko moja), jest taka że psychologowie sobie nie dali rady w rozmowie.

 

GA: Ja nie odnoszę się do jakiejś jednej konkretnej osoby, żeby to też było jasne – nie miałem nikogo konkretnego na myśli. Bardziej chodziło mi o zjawisko, do którego nawiązywałeś. Natomiast odwracając tę sytuację – myślę że mamy dwa aspekty. Jeden aspekt to kompetencja merytoryczna do tego, żeby pomagać komuś wprowadzać zmiany w swoim życiu –  i to myślę że najłatwiej jest ocenić poprzez obserwację (czy na poziomie komunikacyjnym dana osoba nam odpowiada). Trzeba porozmawiać z drugim człowiekiem i zobaczyć czy widzimy, że ten styl nam odpowiada. I tu nie ma „one size fits all” tylko raczej „każdy jest inny”.

Ale druga ważna kwestia jest też taka – „jaka intencja nami kieruje, kiedy chcemy prowadzić tego typu działania?”. Myślę, że jest cienka linia pomiędzy byciem dobrym perswazyjnym sprzedawcą a chęcią pomagania ludziom. Trzeba samemu przed sobą odpowiedzieć… i też oceniając osobę, z którą chcemy pracować – zobaczyć, czy wierzymy w te dobre intencje tej osoby, czy ta osoba nie traktuje nas przedmiotowo – jako po prostu potencjalnego klienta, na którym może zarobić pieniądze. Myślę że to też ważny aspekt do tego, żeby oceniać – potencjalnie nawet komunikację, komunikacja marketingową… i sposób w jaki ludzie się promują. Czyli są dwa aspekty – z jakiej motywacji wychodzą i czy rzeczywiście chcą mi pomóc, i drugi aspekt – czy są kompetentni w tym (że jeżeli już i mi coś sprzedadzą to czy to przyniesie mi jakąś wartość).

 

MB: Będziemy, tak myślę, powoli zbliżać się do końca, ale mam jeszcze kilka pyta,ń a mianowicie – co byś doradził firmom w obliczu korona-kryzysu? Bo jest szczerze mówiąc troszkę masakra – co innego jest przegrać na konkurencyjnym rynku, kiedy otwieramy jakiś biznes i nam nie idzie, a co innego, kiedy wszystko idzie fajnie i nagle wybucha pandemia… i zamykają wszystko.

 

GA: Jeżeli chodzi o kwestie tego, co zrobić w tej sytuacji, to opublikowałem cykl rozmów z Pawłem Prasułą – prezesem EIP – pt. „Wzmocnij swój biznes w kryzysie” . Tam mamy 10 króciutkich odcinków, który każdy adresuje różne perspektywy, w których można spojrzeć na swój biznes, żeby wyciągnąć jakąś wartość w sytuacji braku, sytuacji kryzysu. Natomiast, żeby nie powielać tego, ale powiedzieć z grubsza co można zrobić: ja wierzę, że to jest dobry moment, żeby na nowo posłuchać potrzeb swoich klientów.

Jest wiele wymiarów tego problemu. Ten problem ma charakter systemowy… więc może pierwszy krok to jest minimalizować ryzyka, czyli optymalizować koszty stałe – ale myślę, że to już wszyscy mają za sobą. Trzeba po prostu trzymać biznes przy życiu. Druga kwestia to jest co w tej sytuacji zrobić. Myślę, że to, co na pewno się weryfikuje trakcie takich trudnych sytuacji,  to są relacje. Więc ja bym zainwestował wolny czas w rozmowy z moimi partnerami handlowymi – klientami, dostawcami; wszystkimi ludźmi, których znajdę wokół – i starał się zmapować ich potrzeby. Jeżeli naszym pierwszym pomysłem jest produkowanie maseczek ochronnych – to myślę, że to jest naturalny odruch, w którym chcemy się w jakiś sposób po prostu uratować. Nie oceniałbym tego bo myślę, że to jest dobry instynkt. Natomiast jest to też szansa do tego, żeby znaleźć inne produkty, które mogą być naszymi wiodącymi produktami w przyszłości, i powstać na kanwie tej sytuacji – sytuacji zmian. Sądzę, że też ze względu na zwolnione zasoby, które mamy, możemy, w trakcie takiego kryzysu, dowiedzieć się więcej od naszych partnerów, od naszych klientów – o jakichś innych potrzebach, i wykazać się większą elastycznością jeżeli chodzi o realizację zadań, których w normalnych warunkach byśmy się nie podejmowali. Sądzę, że jest większa przestrzeń na tworzenie jakiś partnerstw z naszymi dotychczasowymi konkurentami czy z firmami, których do tej pory nie widzieliśmy – żeby wspólnie wypuszczać jakieś rozwiązania na rynek, które mogą pomóc w dłuższym terminie.

 

MB: Tutaj bym się odniósł do Twoich doświadczeń. Ty miałeś biznes, który hulał – meblarski (sprzedaż) – i to rzuciłeś, sprzedałeś biznes, który działa do dzisiaj. Jak na nowo się zdefiniowałeś?

 

GA: Byłem nawet w dwa biznesy zaangażowany – w ten i miałem jeszcze agencję reklamową. To było dość skomplikowane… ale żeby było faktograficznie zgodnie – byłem naówczas zaangażowany w dwa projekty, i z obu tych projektów wyszedłem. Czułem, że po prostu nie sprawia mi to frajdy – to w jednym biznesie. A w drugim biznesie miałem po prostu poczucie, że nie do końca czuję, że realizujemy coś, co buduje się idealną wartość; i że niekoniecznie czuję ten team, z którym to robiliśmy. Tam były wyzwania i nie bardzo można było coś zmienić – więc jedyną drogą było wyjście z tego.
Ta sytuacja wyszła dość nagle – to znaczy szczególnie z tego biznesu agencyjnego wyszedłem nawet w trybie pilnym. Stało się tak ze względu na to, że już zeżarła mnie frustracja związana z tym, że jestem w miejscu, w którym nie chciałbym być; że jestem w biznesie, który już nie jest taki, jakim jakim go chciałem stworzyć – przez różne, też i moje, błędy związane pewnie z niezbyt ostrożnym doborem partnerów biznesowych. Rzeczywiście podjąłem taką decyzję, że wyszedłem z własnego biznesu. Na początku nie miałem w ogóle pomysłu na to co będę robił.

Jak zdefiniowałem siebie na nowo? Myślę, że główne pytania, które sobie zadałem wtedy to – po pierwsze, co do tej pory było źródłem moich, powiedzmy, sukcesów, czyli tych rzeczy, które osiągałem zgodnie ze swoimi celami. A po drugie – na czym zbudowałem swoje powodzenie; wyszło mi, że relacjach i na rozwiązywaniu problemów. Chyba spojrzałem też na to, w czym czuję, że jestem ponadprzeciętnie dobry… a szczególnie na to w czym jestem kiepski i czego nie powinienem już nigdy robić. To też były bardzo ważne odkrycia – bo pewne ścieżki to też zamyka.

Myślę, że dzisiaj naszym problem, chociaż niektórzy mają wyzwanie z tym, żeby znaleźć jakiś fajny pomysł, jest to, że raczej większość osób, które starają się być przedsiębiorcze mają problem ze skupieniem się i latają od jednej strony do drugiej. Tutaj dobrze sobie powiedzieć – „czym nie chcę być i na czym się nie znam”. To było też bardzo ważne. Potem taką ankietę przeprowadziłem też wśród moich różnych znajomych – osób, z którymi pracowałem do tej pory, z bliskimi – żeby lepiej rozumieć siebie i zobaczyć co mnie do tej pory cieszyło.
Fajnym ćwiczeniem (którego wtedy tak bezpośrednio nie zastosowałem (ale później stosowałem, również z klientami)) jest – „co robiłeś jako dziecko, co sprawiło ci przyjemność, do jakich rzeczy miałeś naturalne tendencje?”. Ja na przykład zawsze uwielbiałem wychodzić na podwórko i gadać z ludźmi, poznawać różnych ludzi – i to gdzieś tam zostało. Zawsze byłem bardzo tolerancyjny na różnorodnych ludzi, których spotykałem – czy to byli drobni gangsterzy z mojego osiedla czy intelektualiści i naukowcy, znajomi moich rodziców. Zawsze z każdym się lubiłem i umiałem się dogadać. Każdy mnie ciekawił i nie oceniałem go. Pomyślałem sobie, że to jest coś, co zawsze lubiłem. I że może mógłbym się w tym odnaleźć – w rozmawianiu z ludźmi.

Warto zebrać różne komponenty naszych zasobów, naszych silnych stron, naszych umiejętności i talentów. Ale talenty – to też jest fajna książka „The talent code” – są przereklamowane; de facto talenty są emanacją tego, co robimy z dużą intensywnością w odpowiednim środowisku, które temu sprzyja. Więc, krótko mówiąc – co już wybudowaliśmy do tej pory w życiu, co nas kręciło i też co jest dla nas ważne. Z tej układanki ja wypracowałem to, czym się zajmuje dzisiaj. To nie jest „rocket science”, aczkolwiek jak to wymyśliłem to nie nazwałbym tego nigdy coachingiem. W sumie jakbym sam o sobie mówił to nigdy bym nie powiedział o sobie, że jestem coachem. Myślę, że to jest dużo więcej niż coaching – to jest połączenie łączenia ludzi, rozwiązywania problemów i wspierania ludzi w rozwoju i komunikacji. Wtedy to nazwałem „Independent Business Catalyst” – że będę katalizować biznes. Nazwałem to tak, że nikt nie wiedział o co chodzi… ale ja przynajmniej wiedziałem czego chcę. Więc łatwiej mi było selekcjonować projekty i nie angażować się w jakieś głupoty, które nie byłyby na temat wtedy… Wcześniej ,przez 6 lat prowadzenia firmy, poza moimi głównym biznesami ciągle znajdowałem jakieś „świetne pomysły”, które myślałem, że muszę pociągnąć. To rozpraszanie też spowodowało ogromną utratę energii.

 

MB: Dalej prowadzisz Business Venture Capital?

 

GA: W tej chwili nie jestem zaangażowany w tym funduszu VC – dlatego że on przestał działać, zakończył jakby swoje aktywne operacje inwestycyjne. Ale jestem nadal związany ze start-upami i w różnych projektach inwestycyjnych biorę udział czy przyglądam się im… czy też opiekuje się jakimiś inwestycjami.

 

MB: Jest coś co Ci się jakby szczególnie podoba polskich start-uperach? Lub też coś, byś poprawił?

 

GA: Jeżeli chodzi o takie stricte start-upy, myślę że nie jest tak, że Polacy są jacyś inni. Jestem mentorem w Google Accelerator w całej Europie i pracuje ze start-upami i z różnych stron świata. Powiedzmy, że pewne specyfiki kulturowe widać – jakieś drobne odchylenia może. Pewnie statystycznie można powiedzieć, że, jeżeli chodzi o kompetencje technologiczne, to Polacy się wyróżniają na tle niektórych krajów Europy. Natomiast, jeśli chodzi o umiejętności prezentacji i talent komunikacyjny, myślę że jesteśmy raczej słabsi od innych. Jeżeli miałbym znaleźć jedną rzecz, jakbym zakładał start-up, której mogę się obawiać, to czy znajdę osobę, która będzie umiała naprawdę dobrze to opakować, dobrze to opowiedzieć – w sposób przekonujący – i dobrze sprzedać. Mniej bym się martwił o to ,czy będziemy w stanie znaleźć odpowiednią technologię, którą rozwiążemy jakiś problem.

 

MB: Jakie byłyby trzy rzeczy, które byś radził osobom, które chcą wejść na tą drogę biznesową albo już zaczęły? Co byś doradził – żeby co robiły, jak działał, jak podchodziły do życia. Tutaj masz pełną dowolność interpretacyjną.

 

GA: Rzucam pierwsze trzy które przychodzą mi do głowy, bez zakładania że będą najlepsze. Pierwsza z nich to żeby podążać za klientem. Ten mit Steve’a Jobsa, co nikt o tym nie myślał, a on stworzył iPhone’ i zmienił świat to jest według mnie wyjątek, który potwierdza regułę. W związku z tym, nie próbujmy tworzyć rzeczy, które będziemy uważali za fantastyczne i zmieniające świat – ale nikt nie kupi. Od pierwszego dnia twórzmy produkty pod klientów… bo inaczej to jest strata czasu. Chyba że chcemy to zrobić jako hobby i stworzyć coś fajnego dla siebie – ale wtedy nie udawajmy, że to biznes. Myślę, że to jest pierwsza ważna rzecz, jeden z problemów które często się spotykam.
Druga kwestia, w kontekście ludzi, myślę że trzeba poznawać wiele różnych osób i mieć dużą dozę otwartości do ich różnorodnych profili komunikacyjnych, zachowań, przekonań, spojrzeń na rzeczywistość. Myślę, że z tej różnorodności płynie ogromna wartość i zalecam dużo cierpliwości do ludzi, którzy są inni od nas bo czasem w pierwszym rzucie myślimy, że są głupi albo jacyś inni i nieprzydatni; uważamy że nasz profil komunikacyjny jest jest jedynym słusznym, ale tylko tej różnorodność jesteśmy w stanie zbudować zespół, który będzie mógł zadziałać.

Trzecia rzecz, która być może mogłaby być pierwsza, to, że jeżeli chcemy zainwestować swoje życie, swój swój cenny czas, który nigdy nie wróci do nas, w realizowanie jakiegoś projektu biznesowego, to zastanówmy się mocno – i nie „czy to jest najlepszy projekt i czy on na pewno wypali?” – bo wielu przedsiębiorców się obawia, czy to wypal,i i dlatego się zastanawia czy warto zacząć)… screw that! Nie ma znaczenia, czy to wypali czy nie ; nie jesteś w stanie ocenić, czy wypali, czy nie. Ważniejsze jest, czy to jest dla Ciebie ważne. Czy jeżeli będą o 3 w nocy jakieś problemy. to czy będziesz chciał i mógł wstać w nocy, żeby ten problem rozwiązać? Czy to będzie coś, co, jak będziesz jechał na nartach, to będą Ci wracały flashbacki z jakichś problemów w Twojej firmie, czy będziesz chciał o tym wtedy myśleć? Czy powiesz – „co ja robię? Sprzedaje jakiejś solniczki…. jak ja zmienię świat sprzedając solniczki?”.

Ja na przykład miałem taką refleksję – „być może mógłbym ten biznes z solniczkami wnieść na kolejny poziom… intelektualnie czy relacyjnie… może tak”. Ale zabrakło mi tego fundamentalnego paliwa, pytania „why?”’, dlaczego ja mam spędzić swoje życie sprzedając te solniczki – i jak zmienię tym życie innych ludzi… Dla kogoś to może być „coś” – bo ten design, bo ładne obiekty, edukacja, żywienie, kuchnia – to jest ważne. Ale dla mnie osobiście – dla człowieka, który nie gotuje i dla którego nie jest najważniejszy design i drogie rzeczy – zajmowanie się drogimi solniczkami to nie byłby strzał w sedno. I to jest ważna trzecia rzecz… która myślę, że jest pierwsza – „dlaczego to jest dla ciebie ważne i dlaczego chcesz to robić?”. Czy czujesz w tym energię? Czy to zmieni coś w życiu innych ludzi? Czy to zmieni coś w Twoim życiu?

 

MB: Dziękuję Ci bardzo, że poświęciłeś czas. Powiem szczerze, że nie miałem jakichś takich ram czasowych. Wiedziałem jakie pytania zadam, ale to nam wyszła godzina i 5 minut… także bardzo fajnie. Dziękuję Ci. Myślę (w sensie wiem), że czytelnicy, słuchacze, widzowie – na pewno też to docenią. Ja Ci dziękuję za wywiad i mam nadzieję, że dla Ciebie również był on wartościowy.

 

GA: Wielkie dzięki Mikołaj, myślę że to był jeden z najciekawszych wywiadów w jakich miałem okazję brać udział. Bardzo interesujące, przemyślane pytania, które również dla mnie były odświeżające i skłaniały mnie do do refleksji. Mam nadzieję, że wszyscy – i Ty, i czytelnicy, wszyscy odbiorcy – skorzystają w jakimś stopniu na tych moich doświadczeniach. Mam nadzieję, że im się to przyda.

***

 

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
 

Może zainteresują Cię poniższe posty?