Często podejmowane noworoczne wyzwanie: jedna książka na tydzień. Popularne szczególnie wśród osób, które w ubiegłym roku mieli problemy z jedną na miesiąc.

 

Osobiście wolę sobie ustalać cele w dowolnej dacie, do wdrożenia „od jutra”, a potem się ich trzymam. I daję radę. Jednak zdaję sobie sprawę, czym jest „magia daty” i ten legendarny pierwszy stycznia, nowy rok – brzmi atrakcyjnie. I wyzwanie „jedna książka na tydzień” również brzmi atrakcyjnie, z tym że jest to cel, w większości przypadków, bez sensu. Dlaczego?

 

Brak znaczenia celu

 

Czyli inaczej – co idzie za tym celem. Po prostu żeby przeczytać? Czy może, żeby być oczytanym i nadrobić zaległości w lekturach. A może nauczyć się wiele o biznesie, rozwoju, sprzedaży marketingu? To ważne, aby wiedzieć po co robisz to, co robisz. Ale dobrze, załóżmy że wiadomo w czym ma pomóc wyzwanie, i niech to będzie biznes (w końcu to blog o zarządzaniu). To teraz zestawmy to z punktem poniżej.

 

Brak wyznacznika jakościowego

 

Książka książce nierówna. Po pierwsze, oczywiste, pod względem obszerności. Jeżeli przeczytasz „Marketing” Philipa Kotlera (tzw. biblia marketingu) – zajmie ci to, przy dobrych wiatrach, miesiąc lub dwa. Więc masz już tylko 11 lub 10 miesięcy, na „wciśnięcie” 51 książek. Pamiętajmy też, że czasie czytania „Marketingu” mógłbyś teoretycznie (zgodnie z wyzwaniem) przeczytać 4 lub 8 książek. Czyli jeżeli chcesz osiągnąć cel musi odpuścić grube lektury, nawet jeżeli są warte przeczytania.

 

Książki też nie są równe pod względem jakościowym (lepsze i gorsze lektury) czy nawet gatunkowym (co innego thriller a co innego lektura o zarządzaniu).

 

Cel mija się z celem

 

Tak szczerze, próbowałeś kiedyś przeczytać dobrą książkę biznesową w tydzień? Ja wiele razy, nawet z sukcesem, ale to była katorga. Oczywiście co innego jak akurat masz np. wakacje (chociaż osobiście wolę wtedy czytać thrillery) więc dysponujesz czasem, a co innego jak po pracy jeszcze masz czytać… w sumie o pracy. I to na czas. Bo, przypominam – masz tylko tydzień.

 

Ważne też jest to, że dobra lektura charakteryzuje się tym, że wymaga dozy refleksji, a w przypadku poradników biznesowych często i wykonania jakichś dodatkowych ćwiczeń. Jeżeli po przeczytaniu jednej książki musisz od razu zabrać się za drugą – nie zrobisz tych ćwiczeń, a i na refleksję nie będzie czasu.

 

Ostatnio czytałem „Umysł lidera”. Świetna książka. Czytałem ją przynajmniej miesiąc, aby wszystko naprawdę dobrze zrozumieć, aby nic się nie pomieszało, aby wszystko zapamiętać. Czy dało się w tydzień? Tak, ale nie wyciągnąłbym z tego tyle, ile bym chciał.

 

52 książki rocznie – to właściwie niewykonalne

 

Ja wiem, że książki motywacyjne i coachingowe dają ludziom taki flow, że „nie ma rzeczy niemożliwych”, „nie ma trudności, są wyzwania” itd. Ale obiektywnie – ciężko jest przeczytać aż tyle. Będą tygodnie, kiedy będzie więcej pracy, będą tygodnie, kiedy np. zachorujesz, przeziębisz się. Margines błędu jest minimalny.

 

Jeżeli już wiemy, że pojawią (a właściwie będą często się pojawiać) przeszkody – to zobaczmy co będzie, jeżeli w danym tygodniu nie przerobisz żadnej lektury. Albo w jakimś tygodniu będzie trzeba przeczytać dwie albo sam zobaczysz, że celu nie uda się zrealizować. A wtedy najczęściej motywacja spada.

 

Co zamiast?

 

Dlaczego tak hejtuję to wyzwanie, szczególnie że teoretycznie (również z racji edukacyjnej funkcji bloga) powinienem namawiać? Dlatego, że tak to widzę, to logiczne. Ale wciąż zachęcam do czytania. Wręcz na blogu jest dział recenzji książek biznesowych, gdzie możesz przeczytać jak oceniam poszczególne lektury. Ale wszystko trzeba robić z sensem.

 

Dlaczego nie ustalić sobie – przeczytam 20-30 książek w celu zwiększenia potencjału biznesowego, będą to pozycje takie i takie (plus jakiś zapas na polecone przez znajomych) i faktycznie zrealizować cel?

 

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
 

Może zainteresują Cię poniższe posty?